wtorek, 30 września 2014

Neverending story, cz. I

Nie wiem dlaczego, ale postanowiłam podzielić się z Wami garścią moich ciuchowych wspomnień.. Może dlatego, że w tych zamierzchłych czasach ciuchy interesowały mnie o wiele bardziej niż  teraz, a bycie blogerką modową zobowiązuje jednak do wrócenia od czasu do czasu do tematu. A wracam, i to daleko wstecz, tym chętniej, że jestem przecież vintage-maniaczkąJ

Najstarszym moim ciuchowym wspomnieniem, pochodzącym z dosyć wczesnego dzieciństwa, jest chyba różowa, pętelkowa czapka zawiązywana pod brodą. Czułam się w niej dziwnie – jak jakiś ufoludek, a wyglądałam w niej niczym Gagarin.. Te skojarzenia naszły mnie oczywiście dopiero później, kiedy oglądałam zachowane w niej zdjęcia i kiedy już byłam odpowiednio zindoktrynowana. Tak czy inaczej, nie czułam się w tej czapce najlepiej, wręcz jej nienawidziłam, w ataku furii zdarzyło się, że zdarłam ją z głowy i podeptałam – oczywiście, tak żeby mama nie widziała.. A mama, niczego nieświadoma (chyba!) wciąż mnie w nią ubierała – cóż, dużego wyboru wtedy nie było, a ona była taka ładna, różowa i ciepła.. W celu odreagowania traumy (albo i z sentymentu), sprawiłam swojej córce podobną, i chyba się udało, bo ona nie zwracała na nią najmniejszej uwagi.


W znienawidzonej czapce, chociaż tu wyglądam na całkiem zadowoloną.. 

Parę lat później, w okresie wczesnej podstawówki, kolejną hitową rzeczą musiały być  hipsterskie spodnie-dzwony w kaczuszki.. Nie pamiętam ich zbyt dokładnie, ale za to zostały dobrze udokumentowane i jak widać, świetnie nadawały się na motocyklowe przejażdżki.

Spodnie w kaczuszki w akcji, w zestawieniu ze sweterkiem robionym przez babcię

Dużo lepiej pamiętam same przejażdżki z tatą - na Jawce, później na wypasionej, dużej Jawie z dwoma rurami wydechowymi.. Ta prędkość, niskie branie zakrętów, kask w kształcie jaja.. Najpierw zawsze jednak oczekiwanie w napięciu, czy motor odpali.  Wybieraliśmy się na całkiem długie wycieczki – nawet do Poznania, który był odległy o ok. 100 km. Już nie mówiąc o trochę bliższej okolicy, którą zjeździliśmy wzdłuż i wszerz, bo tata miał coś na kształt obsesji na punkcie zwiedzania wszelkich okolicznych zabytków, mniej lub bardziej zachowanych, starych dworków, pałaców i cmentarzy.. Czasem łapały nas po drodze jakieś burze, czy ulewy i wtedy pamiętam, że próbowaliśmy chronić się w napotkanych po drodze gospodarstwach, u nieznajomych ludzi. Niektórzy okazywali się całkiem mili, chętnie zapraszali do środka, częstowali plackami i jeszcze opowiadali ciekawostki o zwiedzanych przez nas miejscach. Niektórzy, trochę bardziej nieufni, straszyli psami, albo łapali za siekierę. Różnie to było.. 
A spodnie w kaczuszki? Wbrew pozorom nie odczuwałam w związku z nimi żadnej traumy, były chyba po prostu wygodnym ubraniem  na motor, a z tego niejako „przymusowego” zwiedzania okolicznych zabytków wzięło się chyba moje późniejsze zamiłowanie do wszelkich staroci, no i pewnie też  reumatyzm.. 


Lata 70-te to też pierwsze sweterki od mojej babci Janinki, która była mistrzynią dziergania i produkowała je w hurtowych ilościach, w wydaniu „przez głowę”, polo i zapinanych. Szczerze mówiąc, to nie bardzo je lubiłam, bo były dosyć zbite, grube i trochę krępowały ruchy, ale były niezaprzeczalnie ciepłe, więc jesienią i zimą (a zwłaszcza zimą stulecia) stanowiły podstawę garderoby. Jeden taki, melanżowy (całkiem fajny z dzisiejszej perspektywy) kiedyś nawet podpaliłam, a potem pocięłam nożyczkami, bo chyba chciałam wyciąć to, co spaliłam.. Dodam, że dokonałam tego mając sweter na sobieJ


W sweterku, który pocięłam i podpaliłam. W tle moja mama w supermodnej, polyestrowej bluzce z wydłużonym kołnierzem. Na oparciu wisi kolejny gruby sweter wydziergany przez babcię.

Oczywiście nie tylko my jako wnuczki, nosiłyśmy sweterki robione przez babcię – właściwie każdy członek rodziny miał przynajmniej jeden egzemplarz na stanie. Najlepiej wyglądał w nich dziadek Zygmunt – wysoki, szczupły, w melanżowym granatowo-szarym swetrze z kołnierzykiem i zapięciem polo, prezentował się bardzo przystojnie.
Sweterki robione przez babcię nosiłam w zasadzie aż do czasów liceum, kiedy to człowiek z ulgą przerzucił się na świetne wyroby o tureckim rodowodzie. Dziś oczywiście bardzo żałuję, że nie zachował się żaden z tych babcinych..


A tu całkiem elegancka, jesienna stylówka z końca lat 70-tych

W końcu w bardziej kobiecym wydaniu, wiadomo - jak wesele, to trzeba się wystroić:)
Zdjęcie jest z początku lat 80-tych, ale sukienka jeszcze w stylu lat 70-tych, nie pamiętam, skąd ją miałam, ale pewnie po jakiejś starszej kuzynce. Dodatkowo ozdobiłyśmy ją z mamą paskiem ze sznura perełek.


No to czas na lata 80-te.. Ech, co tu dużo mówić – było epicko. Niby nadal niczego w sklepach nie było, a jednak kombinowało się tak,  żeby było dużo, błyszcząco, na bogato i z przytupem!

Mniej więcej w połowie lat 80-tych dokonałam swojego pierwszego, samodzielnego zakupu ciuchowego. Pewnie to była jakaś 5 klasa podstawówki (wtedy jeszcze 8-letniej), kiedy to wybrałyśmy się z moją przyjaciółką Gośką (pozdrawiam, jeśli jakimś cudem to czyta) PKS-em do odległego o 10 km miasta Kleczewa. Tak się fantastycznie złożyło, że akurat w tamtejszym Tekstylnym, po dostawie towaru,  jakimś cudem ostała się i wisiała sobie, jakby na mnie czekając, piękna, różowa spódniczka z falban. W owych czasach, było to jak objawienie. Oczywiście kupiłam prawie bez namysłu (teraz by się powiedziało, że kompulsywnie), drżącą ręką wydając wszystkie pieniądze jakie dostałam na wyjazd, spodziewając się w domu małej awantury. Mimo to czułam się bardzo dumna z siebie i taka prawie dorosłaJ Z tego co pamiętam, to raczej mi się upiekło, bo mama była w tych czasach też zwariowana na punkcie ciuchów (w końcu po kimś to odziedziczyłam), więc potraktowała mój zakup ze zrozumieniem. Jej ówczesne ubraniowe wybory to był odrębny kosmos i na pewno nie raz tu do nich nawiążę. 

A spódniczkę nosiłam bardzo długo, na przeróżne okazje i zawsze czułam się w niej wyjątkowo. Jakiś czas później (wyciągnięta prawie siłą! przez własnych rodziców! – bo generalnie byłam nieśmiałym dzieckiem) na zabawę taneczną w remizie,  założyłam ją zgodnie z trendami, do cienkich czarnych rajstop w kropki i ażurowych, plastikowych, też oczywiście różowych, butów. Takie plastiki były wtedy szczytem wyrafinowania, szczególnie kiedy w obcasie utknął kamień i szykownie stukały.. (teraz reinkarnowały się w postaci Melissek) Do tego szeroki, gumowany pasek z klamrą w kształcie motyla i czarna kimonowata bluzka z jakimiś ćwiekami.. Wzięcie na zabawie miałam wśród podpitych strażaków takie, że więcej się już na żadną nie wybrałam.. „Too much, too much..”, jak śpiewał Limahl. A raczej „Czu macz, czu macz”, jak wtedy uważałyśmy. W ogóle fonetyczne zapisywanie sobie słów piosenek, to była odrębna historia - angielskiego miałam okazję uczyć się dopiero w liceum.. ("Yo ma ha, yo ma so..").

A rzeczona spódnica wyglądała mniej więcej tak - miała tylko jeszcze jedną falbanę naszytą na środku i była w czerwone kropki. Plastikowe buty był prawie takie jak powyżej, tylko w innym odcieniu różu i jakieś takie bardziej perłowe chyba.

Inny kultowy ciuch, który świetnie pamiętam z tamtych czasów, to bistorowa bluzka wystana w kolejce do naszego lokalnego, GS-owego Teksylnego. Do kolejki szło się zazwyczaj na całą noc. Mniej wytrwali i mniej zdeterminowani (czyli w powszechnej opinii bardziej leniwi) dołączali nad ranem, ale wiadomo, że szanse na jakiś łup mieli mniejsze. W kolejce tworzono listy, zawiązywały się komitety kolejkowe, żeby utrzymać oczekujących w porządku i żeby nikt nikomu nie wepchnął się w kolejkę (słynne „pan tu nie stał!”). Niektórzy zmieniali wartę co jakiś czas, inni stali dla kogoś. Już po otwarciu można było jeszcze próbować numeru z dzieckiem na ręku, bo teoretycznie miało się wtedy pierwszeństwo dojściu do lady.  Dzieci wrzeszczały, tłum w sklepie awanturował się, że „ specjalnie dzieciaków nabrała, żeby się bez kolejki wepchnąć!” Wiele zależało tu od pani Sklepowej, która mogła taką osobę bez problemu obsłużyć, albo i nie. Jeśli się było „krewnym albo znajomym Królika”, albo jakimś lokalnym prominentem, to miało się możliwość przeczekania tego całego cyrku i kupienia później „spod lady” . Młodszym wyjaśnię, że ten proceder polegał na odłożeniu gdzieś na boku co lepszych „kąsków”, które potem, dyskretnie, podsuwało się Wybrańcom.  
Wracając do kolejki – stało się, bo wiadomo było, że coś rzucili, chociaż nie za bardzo było wiadomo co. Pod osłoną nocy krążyły przeróżne plotki i domysły, ale w sumie to było wszystko jedno – w czasach, kiedy nic nie było, stało się żeby dostać cokolwiek - choćby za duże buty (daj Boże Relaksy!), jakieś kalesony, ciepłą podwłóczkę (jak mówiła moja babcia), flanelową koszulę - jeśli nie dla siebie, to dla kogoś z rodziny, znajomych, do odsprzedania, na wymianę, itp. Zamiast tego można było całkiem niespodziewanie nabyć np. długą powłóczystą koszulę nocną i też było dobrze.
Tym razem miałyśmy z mamą jeszcze więcej szczęścia, bo udało nam się dostać prze-fantastyczną, prze-piękną, supermodną i odlotową bistorową bluzkę o przełomowym wtedy fasonie nietoperza i łódkowym dekolcie.. Wow, cieszyła wtedy bardziej, niż pewnie teraz kolejna torebka od  Michaela Korsa. Nosiłam ją z namaszczeniem, najczęściej do pumpiastych, marszczonych na górze i zwężających się do dołu, albo wręcz ściągniętych na dole gumkami, spodni – i było pięknie;) 

Ale szaleństwo lat 80-tych, czas wielkich bufek, poduszek w ramionach, marszczonych spódnic z trójkątnym karczkiem, sukienkek-tub, błyszczących legginsów, lureksowych sukienek, plastikowych nitów, kimonowatych bluzek z siatkowanymi wstawkami,  dopiero się zaczynał.



Mniej więcej do takiej stylówy się dążyło..

I tu pojawia się zasadnicze pytanie: skąd się to wszystko brało, skoro w sklepach nic nie było?

Pierwsza odpowiedź to – szyło się. Szyło i przerabiało się na tyle dużo i często,  że ikoniczną postacią mojego dzieciństwa stała się miejscowa krawcowa – Pani Malicka.  Była dosyć charakterystyczną postacią – miała haczykowaty nos, wysunięty podbródek, wydawała mi się wtedy baaardzo stara i trochę się jej bałam. Ku mojemu zaskoczeniu, dowiedziałam się, że zmarła całkiem niedawno, więc wtedy mogła mieć góra 60 lat..
Szyła bardzo dobrze – porządnie, z zachowaniem wszelkich reguł sztuki, nie szła na łatwiznę, wszystko było dobrze skrojone i perfekcyjnie wykończone. Wtedy oczywiście specjalnie tego  nie doceniałam, wydawało mi się, że tak po prostu powinno być. Teraz widzę, że jednak wywarło to na mnie duży wpływ, bo zawsze, nawet mimowolnie, zwracam uwagę na jakość wykonania i pewnie dlatego tak cenię vintage. 
Perfekcja wykonania łączyła się z dużą ilością przymiarek, co było dość uciążliwe, bo pani Malicka przy całej swej fachowości, była osobą bardzo gadatliwą i daleko odbiegającą od tematu. Nie miała swojej rodziny, mieszkała sama (wtedy określałyśmy ją oczywiście uroczym mianem „starej panny”), więc naturalnie wizyty klientek wykorzystywała do prowadzenia szeroko zakrojonej konwersacji. A właściwie to do prawienia monologów, po których wiedziałyśmy dokładnie co słychać u jej szwagrów, szwagierek, ich dzieci, innych krewnych oraz ich sąsiadów. Prawie każde zdanie zaczynała rozwlekłym „Łee paaani..” Dopiero po takim przydługim wstępnie mogła nastąpić właściwa przymiarka. Mama ciężko to znosiła, ale ja miałam lepiej bo mogłam w tym czasie buszować po jej „zakładzie” w poszukiwaniu różnych kolorowych ścinków materiałów i szmatek, które Pani Malicka pozwalała mi zabierać do domu, i z których kombinowałam potem kreacje dla moich lalek. 
Denerwował nas też jej pewien konserwatyzm w podejściu do fasonu, ponieważ była organicznie niezdolna do wykrojenia - jakże ważnej wtedy - szerokiej, bufiastej pachy, podkreślonej jeszcze poduchą. Bufy ostatecznie wychodziły, ale pacha zawsze była wąska. Teraz uświadomiłam sobie, że po prostu nie była w stanie przestawić się w pełni z szycia eleganckich, dopasowanych ubrań, do kimonowatych, luźnych fasonów,  charakterystycznych dla lat 80-tych.
Ale co by nie mówić, to z szyciem, nawet najbardziej skomplikowanych projektów i z realizacją najbardziej szalonych pomysłów mojej mamy (np. spódnicy o fasonie ślimaka i asymetrycznej góry do kompletu), radziła sobie świetnie. Chociaż zazwyczaj nie obyło się bez kilku „Łee paaani, tego to się tak nie da..”, a potem przy płaceniu – „Łee paani, z tym to się dopiero narobiłam..” , no i liczyła sobie jak za złoto.

Tutaj właśnie "ślimakowaty" komplecik - taki trochę w estetyce "Tercetu Egzotycznego":) Niemniej widać, że nieźle odszyty, niestety z bistoru..

Oprócz Pani Malickiej, był też krawiec oryginalnie zwany Niteczką. Zajmował on się krawiectwem męskim, oraz krawiectwem ciężkim, czyli szyciem płaszczy, kurtek itp. Z nim też był pewien problem, ponieważ również ciężko pił. Picie nie wpływało na jakość szycia, bo jak tylko był trzeźwy, to szył świetnie, ale był oczywiście problem z przymiarkami, ponieważ nigdy nie wiadomo było, czy i kiedy się odbędą i kiedy dana rzecz będzie gotowa. Często zdarzało się tak, że krawiec Niteczka zaszywał się w domu i udawał, że go nie ma, albo w przypływie większej świadomości informował uprzejmie przez drzwi, że: „Dziś jestem pijany, nie przyjmuję!”.

O ile usługi krawieckie stały na dosyć wysokim poziomie, o tyle szyło się dosłownie z niczego (i ze wszystkiego). Z pieluchy, z kory, z bistoru, lureksu (wtedy byłam święcie przekonana, że mówi się ruleks). Nie było przecież tak, że szło się do sklepu, żeby sobie wybrać dowolny materiał. Na stanie były zazwyczaj bele podłej jakości bistoru, tak więc sukienka mogła mieć potem ciekawy fason, była pięknie uszyta i wykończona, ale mimo to dość problematyczna w noszeniu, bo człowiek się w niej gotował. Czasem bawiłyśmy się z mamą w Scarlet O’Harę i kombinowałyśmy coś z materiałów zasłonowych..
Oczywiście, rzadko, bo rzadko, ale  zdarzało, że „rzucili” do sklepu jakąś lepszej jakości bawełnę, flanelę, czy wełenkę. O ile udało się jeszcze wystać w kolejce i wystarczyło, to bez względu na kolor, wzór i grubość, brało się tego materiału jak najwięcej, żeby poszyć potem z niego rozmaite części garderoby. Kiedyś, już w czasach licealnych, trafiłam na dobrej jakości bawełnę i kupiłam od razu chyba z 6 metrów bieżących, wydałam (znów!) całe kieszonkowe i potem, o ile dobrze pamiętam, krawcowa uszyła mi z tego materiału spodnie, tunikę, spódnicę ołówkową, spódnicę – bombkę, kamizelkę i szorty. Teraz można by to podciągnąć pod miano „kolekcji kapsułowej”.. Wszystko w FUKSJI. Do dziś mam słabość do tego koloru.

Z braku lepszej jakości materiałów namiętnie też przerabiałyśmy stare ciuchy. Lumpeksów wtedy jeszcze nie było, tak więc skarbów szukało się w szafach babć, starszych cioć, w piwnicach i na strychach. I to naprawdę były skarby, bo oryginalne sukienki z lat 60-tych, czy 50-tych, z dobrej jakości tkanin, to przecież nie byle co. Niestety, wtedy  nie miałyśmy jeszcze takiej wintydżowej świadomości, bo niejedna piękna sukienka z lat 60-tych została w szale twórczym przerobiona na cudo w estetyce lat 80-tych.. Cóż, błędy młodości..

Lureks rulez..
Tu kolejna sukienka uszyta przez Panią Malicką.  Koronkowe wstawki pochodzą z sukienki z lat 60-tych.  Ech.. wiele bym dała teraz, żeby zachowała się w całości..

Z siostrą i mamą byłyśmy szczęściarami i miałyśmy jeszcze jedno niebagatelne i wyjątkowe ciuchowe źródło. Paczki prosto z Francji! Taaak, w tych zgrzebnych i szarych latach 80-tych to było prawdziwe święto, kiedy mniej więcej raz na pół roku (o ile przesyłka nie przepadła gdzieś po drodze) listonosz oznajmiał nam, że na poczcie czeka na nas paka, a my potem z mozołem, na oczach połowy wsi, taszczyłyśmy ją do domu. Zimą było łatwiej, bo na sankach. No i samo otwieranie – to oczekiwanie, napięcie i eksplozja radości na widok kolorowych ciuchów, butów, kosmetyków, słodyczy..  Nasze kuzynki we Francji raz na pół roku wymieniały swoją garderobę (czego my w ogóle nie mogłyśmy wtedy pojąć, zresztą ja do tej pory tego nie rozumiem) no i siłą (a w zasadzie masą) rzeczy obdarowywały nas. To były w  większości takie sportowo-codzienne ciuchy: spodnie, koszulki, bluzy, bardzo często z napisem GAP – STAR.. Za Chiny nie wiedziałyśmy o co chodzi z tą Gapą na koszulce, ale nosiło się, oj nosiło..
Spodnie to były najczęściej jakieś mega pumpy w jaskrawym kolorze, albo szerokie spódnico- spodnie z kimonowatą górą w komplecie, uszyte z  piżamowatego materiału.. Teraz byłby na czasie. Większość tych ciuchów była wtedy tak wyjątkowa, tak różna od tego co dookoła, że często nie rozumiałyśmy o chodzi, czy raczej jak w tym chodzić?? Np. w pumpach z krokiem w kolanach - czasy MC Hammera nadeszły nieco później.. Czasem przerabiałyśmy te ciuchy, farbowałyśmy, żeby je trochę stonować i „unormalnić” . Pamiętam farbowanie pomarańczowych butów na czarno takim specjalnym czernidłem.  Oczywiście trafiały się też bardziej klasyczne, dobre gatunkowo rzeczy, które dobrze służyły potem przez kolejne dekady i przechodziły z mamy na mnie, potem na moją młodszą siostrę i dalej na młodsze kuzynki. Stąd też wzięło się moje przekonanie o znaczeniu dobrej jakości materiału.

Co do takich własnych, eksperymentalnych przeróbek, to oczywiście była jeszcze samodzielna produkcja marmurkowych dżinsów. O ile jakimś cudem zdobyło się  do tego jakiekolwiek dżinsopodobne spodnie - najczęściej marki „Odra”. O prawdziwej „parze dżins” to nawet wtedy nie marzyłam. Traktowałam potem te spodnie jakimś niewiarygodnie śmierdzącym i żrącym wybielaczem. Miałam zakaz robienia tego w domu, więc w tym celu musiałam zejść do piwnicy, do jakiejś wspólnej, blokowej, nieco mrocznej pralni, gdzie było coś na kształt wanny, w której te dżinsy się potem moczyły jak w formalinie. Efekty były różne, najczęściej niezbyt zadowalające, no ale wtedy nie było jeszcze żadnych „tutoriali” czy blogów DIY, więc jak się samemu wykombinowało, tak było.

Pod koniec lat 80-tych zaczęli się pojawiać tzw. „prywaciarze”, czyli pierwsze butiki prywatnych przedsiębiorców. Prywatna inicjatywa, było to oczywiście coś bardzo wbrew ówczesnemu systemowi, niepoprawne politycznie, mówiło się o tym niemalże ściszonym głosem, a wizyty u prywaciarza łączyły się z niezwykłym dreszczykiem emocji. Głownie jednak z powodu wyboru towarów – te wszystkie plastikowe kolczyki, łańcuchowe naszyjniki, lakierowane, szerokie paski z wielkimi klamrami i wężowymi motywami, lakierowane czółenka-kaczuszki z kokardkami przy pięcie, albo z przodu (albo i tu i tu), dżinsy – piramidy, pierwsze tureckie swetry, bluzki nietoperze „ozdabiane” plastikowymi nitami i siatkowymi wstawkami.. Ach, byłybyśmy w plastikowym w raju zwanym „1001 drobiazgów”, ale zazwyczaj mogłyśmy pozwolić sobie tylko na jedną rzecz, którą potem pożyczałyśmy sobie i nosiłyśmy na jakieś lepsze okazje i dyskoteki - w połączeniu  z niebiesko-różowym, perłowym makijażem (robionym w tajemnicy, i to dopiero po skończeniu podstawówki) oraz brokatem we włosach.

To byłoby tyle na dziś, jeśli macie jakieś swoje wspomnienia z czasów słusznie minionych, do których jednak wracacie z nostalgią (chociaż pewnie nie jesteście tak stare jak ja), to podzielcie się w komentarzach.  W następnym odcinku napiszę Wam, skąd w ogóle było wiadomo co jest modne i co nas inspirowało, mówiąc dzisiejszym, blogerskim, językiem. Do następnego!


7 komentarzy:

  1. Genialne! Zaluje, ze nie moglam urodzic sie wczesniej... ale tez mialam szczescie, mama krawcowa, wiec meczylam ja o uszycie nowej kreacji na kazda szkolna dyskoteke. Pamietam, jak znalazlam piekny kobaltowy material (nie wiem jaki, wtedy sie na tym nie znalam) i uparlam sie na sukienke do ziemi, z rozporkiem. Dekolt ozdobilam lancuszkiem. Chyba 4 klasa podstawowki ^^ do dzis mam i nosze sweter, ktory mama kupila sobie chyba w 1991 roku. Czarny ze zlota nitka, kimonowe rekawy... i rowniez zaluje, ze tyle rzeczy poszlo w niepamiec podczas jakiegos generalnego sprzatania...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, nie ma co żałować, że się nie urodziłaś wcześniej:)) Ja np. żałuję, że nie jestem z 10 lat młodsza:) Chociaż to były mimo wszystko ciekawe czasy, a jeszcze ciekawsze jest to, że moge je porównać z dzisiejszymi, totalnie innymi.. Dzięki za komentarz, pozdrawiam!

      Usuń
  2. Karolino, znakomity post :) Wreszcie długi, tak trzymaj :) Ja pamiętam swoją kreację studniówkową, którą znalazłam oczywiście w lumpeksie. Czarna, obcisła sukienka-tuba, w której wyglądałam jak wykałaczka, ale bardzo mi się podobała. Wydawało mi się, że wyglądam w niej jak wielkie aktorki złotej ery Hollywood ;) Sukienka kosztowała 20 złotych. Spod sukienki wystawały moje pierwsze szpilki z ogromnym czubem z CCC. Badziewiaki :) Studniówka zakończyła się tym, że nic nie zjadłam, żeby sukienka nie straciła fasonu i całą przesiedziałam, bo buty były niewygodne... Pozdrawiam serdecznie,

    Marta K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki!:) No to niezłą studniówkę miałaś:) Moja też nie była lepsza, bo z "pożyczonym" partnerem, no i odbywała się w klasztorze:) A kreacja studniówkowa to oczywiście odrębna historia, rodem z "Dynastii", ale przynajmniej była wygodna:) Opiszę w kolejnej części, o ile napiszę;)

      Usuń
  3. Czytałam posta z łezką nostalgii w oku, wybuchając na zmianę śmiechem i kiwając cały czas ze zrozumieniem głową:)
    Chyba jesteśmy w bardzo podobnym wieku ( ja- rocznik'73;p) i mam tak podobne doświadczenia, że aż trudno było mi momentami uwierzyć... Moja pani krawcowa- p.Rodzochowa też tworzyła mi i mamie kreacje jak marzenie... a ile sama niby-szyłam na pedałowej starej maszynie!.. (Moja młodsza siostra z zazdrości też chciała szyć, aż przeszyła sobie palucha).
    Paczki do nas przychodziły z Niemiec ( wtedy dumnie się mówiło z eReFeNu ;), na szczęście ciotki wsadzały do nich często kupony przecudnych materiałów, z których nasza krawcowa czarowała wspomniane wcześniej cuda. Nigdy nie zapomnę, jak moja babcia ( pochodzenia niemieckiego) wróciła od swojej rodziny przywożąc ze sobą całą masę rzeczy- samochód dziadków zapakowany był po sam dach !( to była gdzieś połowa lat 80.) Gdy wróciłam ze szkoły do domu spotkałam już w bramie mamę wystrojoną w białe (!) haftowane kozaczki, moja szczęka spadła na ziemię, mama cała w skowronkach pognała do sąsiadki (pewnie się pochwalić), a ja po wejściu do domu zobaczyłam półtorametrowy stos na rozłożonym tapczanie w swoim pokoju... E-u-for-ia!!! Kilka miesięcy zadawałam szyku w szkole "nowymi" ciuchami...Eh...chyba nigdy później żadne zakupy mnie tak nie uradowały... Pozdrawiam, Viola

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetny pomysł na notkę! :) Aż dzisiaj przejrzę mój album ze zdjęciami z dzieciństwa. Jak się tak popatrzy na modę z lat 70, 80 czy nawet 90, widać, że moda zatacza koła :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny post, będę do Ciebie zaglądać!

    OdpowiedzUsuń